czwartek, 13 kwietnia 2017

Marzec z serialami

Marzec był okresem przerwy dla Gotham i AoS, zostały nam więc tylko seriale CW, z których jeden dotarł do finału, a pozostałe do punktu przystankowego, przed zrobieniem przerwy w kwietniu. Zacznijmy więc od Flasha i Supergirl. Zaliczyli oni odcinek muzyczny... który był głęboko rozczarowujący. Od razu zaznaczę, że standardem tutaj jest dla mnie odcinek musicalowy w Buffy... To nie było to. Tylko dwie oryginalne piosenki, z których tylko jedna była naprawdę na temat... Cytując prezydenta Trumpa #SAD.
Niemniej w samym Flashu historia wciąż trzyma poziom, czyniąc go najlepszą z serii CW. Co tym bardziej niesamowite, że w dalszym ciągu bawią się z podróżami w czasie i toczeniem ponownie bitew które już wygrali w przyszłości, i pewnie wtedy były znacząco ciekawsze. I nadal nie rozumiem, dlaczego niektórzy meta po prostu mają moce a inni muszą stawać się źli. To dziwne. Niemniej ostatnia prosta do finału zapowiada się ciekawie.

Tymczasem w latach 90-tych, Lois Lane, Superman i Herkules łączą siły, by pokonać Supergirl. Będę szczery, o ile miło było zobaczyć tych aktorów w tej serii, całość wydawała się średnio ciekawa. Historia miłosna Kary i Mon-Ela jest po prostu przewidywalna i nudna. Większość rzeczy dziejących się dookoła wydaje się dużo ciekawsza.
Niemniej jest też jeden element, który naprawdę mnie irytuje, to fakt, że DEO nadal jest tajną organizacją. To znaczy, że rząd USA przyznał, że kosmici istnieją, zwykła policja ma wydział zajmujący się ich sprawami, ale rząd federalny oficjalnie nie ma nic. To głupie i nie mam pojęcia, z czego wynika, bo fabularnie wydaje się absolutnie nic nie robić.

Tymczasem Oliver ma kryzys tożsamości. A my dowiadujemy się, że twórcy tego serialu nie wiedzą, jak działa Sarin. Również, ten odcinek z atakiem chemicznym był szokująco na czasie. To było dziwne patrzeć, jak głupiutki wątek z serialu, nagle stał się faktyczną tragedią.
Poza tym ten serial robi dokładnie to, co robił od początku. Tylko teraz wprost przyznaje, że główny bohater jest seryjnym zabójcą. I bądźmy szczerzy, na przestrzeni tych pięciu sezonów, on musiał zabić ponad setkę ludzi. To absurdalne. Niemniej poza tym, nadal bardzo lubię jego nową drużynę.

I to prowadzi nas do Legends of Tomorrow i będę szczery, nie dotrwałem do końca. A raczej przeskoczyłem kilka odcinków i przeszedłem prosto do końca i obejrzałem dwa finałowe odcinki. Nie były złe, motyw z odwróconym House of M, był nawet całkiem ciekawy, niemniej całościowo, ten sezon po prostu nie dał mi powodu, by się przejmować. Pod koniec najlepszą częścią był Legion, ale oni zostali pokonani i chyba już nie wrócą. Zakończenie daje nadzieję dla kolejnego sezonu, niemniej jeśli nie zajdą spore zmiany w sposobie funkcjonowania tej serii, to raczej sobie ją odpuszczę. I przy okazji, grożenie, że zmieni się rzeczywistość nie działa, kiedy w tej rzeczywistości rozgrywają się dwa inne, popularniejsze seriale, które na pewno się nie zmienią. 

wtorek, 7 marca 2017

Luty z serialami

Luty przyniósł dosyć sporo nowych odcinków w większości seriali o superbohaterach. Było trochę dobrego, trochę złego i trochę brzydkiego. Po kolei więc:

Kończy mi się cierpliwość do Legends of Tomorrow. Mam coraz mniej sympatii dla tych postaci, a sposób w jaki wewnętrzna logika serii zapada się w sobie z każdym kolejnym odcinkiem, zaczyna mnie poważnie irytować. Potrafię wybaczyć coś takiego Doctorowi Who, bo tamten serial jest świetny, ale tutaj. Choćby sam odcinek o Camelocie, nic w nim nie wygląda właściwie do epoki w której byli. Nic! Wszystkie kostiumy, lokacje i idee które się przewijają, są o jakieś osiemset do tysiąca lat późniejsze, niż punkt historii w którym byli nasi bohaterowie. I najgorsze, że oni sami zwracają na to uwagę, po czym najwyraźniej całkowicie zapominają, że są w środku aberracji rozmiarów całego królestwa. Jeśli ktoś cofnie się do starożytnej Grecji, stworzy armię metaludzi i urządzi sobie Iliadę, to też uznają, że nie ma problemu, bo przecież tak było w micie? To głupie i niestety coraz mniej zabawne, więc na tym etapie naprawdę nie wiem, czy wrócę do tej serii w 3 sezonie.

Supergirl wywołuje u mnie coraz bardziej mieszane uczucia. Z jednej strony mam coraz więcej sympatii dla tych postaci i zdarzają się całkiem porządne odcinki, jak ten z białymi marsjanami. Z drugiej, mamy ostatni odcinek z ojcem Denversów, w którym większość postaci zachowuje się jak banda debili i z jakiegoś powodu tylko Mon-El przejawia jakiekolwiek ślady inteligencji. Rozumiem, do czego dążyli twórcy, ale coś takiego całkowicie burzy zawieszenie niewiary. I nie sposób nie zauważyć, że Mr. Mxyzptlk w żaden sposób nie przypominał swojej oryginalnej wersji.

Arrow tymczasem stał się zaskakująco polityczny. I to na więcej niż jeden sposób. Z jednej strony polityka zaczęła odgrywać naprawdę dużą rolę w fabule, kładąc większy nacisk na Olivera jako burmistrza. Z drugiej, pojawiły się bardzo politycznie naładowane wątki, jak dostęp do broni, ochrona prywatności czy wolność prasy. I twórcy radzą sobie z nimi w zaskakująco przyzwoity sposób. To dobrze, że pomiędzy całym szaleństwem podróży w czasie, telepatycznych goryli i amantów piątego wymiaru, jest też miejsce dla serialu, którego bohaterowie radzą sobie z bardziej realistycznymi problemami. I naprawdę polubiłem nową ekipę, co też jest zasługą dobrych odcinków z ich udziałem. Jedyny zarzut jaki mam, to fakt, że ludzie ciągle atakują budynki i limuzyny wypełnione superbohaterami, po czym udaje im się uciec. To trochę dziwne, ale poza tym, po małym spadku formy, ta seria znów trzyma się na najlepszym poziomie od drugiego sezonu.

Flash w międzyczasie wreszcie zajął się tym, czym powinien, innymi wymiarami. I jasne, plan Grodda był dosyć głupi (nie wiem, co jego armia miała ze swoimi dzidami poradzić, jak zjawiłaby się Gwardia Narodowa z bronią palną i czołgami), ale przynajmniej w fajny sposób. Do tego kolejny speedster w drużynie, dwóch Wellsów, miasto goryli, to był naprawdę dobry miesiąc dla drużyny z Central City. Jedyny zarzut jaki mogę mieć, to fakt, że w komiksach Flash przefazował cały samolot, co było znacząco bardziej widowiskowe niż pociąg, ale sama scena nadal robiła wrażenie.

Muszę przyznać, dostrzegam oszczędność w tym, że czarne charaktery są grane przez tych samych aktorów, co główni bohaterowie. I będę szczerzy, ostatnich kilka odcinków AoS raczej nie zachwycało, ale pojawiła się nadzieja. Ostatni odcinek, z ucieczką z bazy (czy oni znów wysadzili swoją piwnicę? Czy to znaczy, że dostaniemy nowe plany zdjęciowe?) był zdecydowanie lepszy. I zakończenie sprawiło, że naprawdę mam ochotę na więcej. Ta alternatywna rzeczywistość przypomina mi House of M, co zawsze jest dobrym skojarzeniem. I znaleźli sposób, by przywrócić choć na chwile Warda (mam nadzieję, że nadal jest czarnym charakterem). Więc, zasadniczo, nie było dobrze, ale pod koniec podbili formę i teraz czekam na kwietniowy powrót serii.

środa, 8 lutego 2017

Styczeń z serialami (Dirk Gently's Holistic Detective Agency)

Mamy nowy rok, więc czas wrócić do standardowego programu. Prawdę powiedziawszy, w przypadku Arrowverse nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Większość tych serii miała przez te dwa miesiące tylko po dwa odcinku i mimo wyraźnych chęci twórców, niewiele się w nich wydarzyło. Co innego z Agents of SHIELD i Gotham, gdzie wydarzyło się całkiem sporo. Ale po kolei.

Więc Arrow znów zabija, a potem znów nie zabija. Pojawia się nowa Black Canary, potem następna nowa Black Canary. Szkoda, bo ten sezon był póki co zdecydowaną poprawą, ale teraz znów zdaje się gubić drogę. I w ramach ciekawoski, nowa Black Canary to wersja postaci ze Złotego Wieku, która w komiksach była matką, poprzedniej Black Canary... naprawdę zastanawiam się, na ile jeszcze sposobów zdołają odgrzać tego kotleta.

Tymczasem Legends... Będę szczery, nadal lubię tą drużynę i doceniam cały motyw z Georgem Lucasem i nawet Wilhelm Scream Johna Barrowmana. Ale w tym momencie, to wszystko czym ten serial jest, fajnymi momentami, dryfującymi na morzu bezsensu. Nawet same postacie zauważają, jak głupie jest to, co dzieje się dookoła. I do tego walczą z przeciwnikami, którzy zostali już pokonani w przyszłości we wcześniejszych sezonach innych seriali. To znaczy, że albo wymarzą tamte sezony, albo już wiemy, jak skończy się ta historia. Obydwie opcje są równie słabe.
A jak jesteśmy przy fajnych postaciach, których fabułę zaburzają podróże w czasie, zaczynam mieć dosyć Flasha. To uniwersum już ma jeden serial o podróżach w czasie, i to jeden za dużo. Czemu Flash nie może się skupić na multiwersum? To nieporównywalnie ciekawsze, niż Barry po raz setny zmieniający historię i jakimś cudem nie wywołujący aberracji.
Tymczasem Supergirl... jest zaskakująco solidnym serialem. Bez jakiś fajerwerków, ale trzyma poziom, i jest sto razy lepsze, niż w pierwszym sezonie (którego nie dało się oglądać, bez straty poczytalności). Więc, tak trzymać.

Tymczasem Gotham zaliczyło pełne 180 stopni, jeśli chodzi o poziom. Po koszmarnie debilnym półfinale (w momencie, kiedy ten nóż wpadł do jeziora, byłem gotów zrezygnować z dalszego oglądania), postanowili wrócić do podstaw i dać nam czarny charakter. I Jerome, jest właśnie tym, jest najlepszą rzeczą, jaka przytrafiła się temu sezonowi. Jego rozmowa z Leslie była perfekcyjna, i nawet Gordon na chwilę przestał być irytujący. I do tego Bruce. On jest Batmanem, jasne, trzeba mu jeszcze trochę treningu, ale ewidentnie w tych odcinkach myślał, działał i brzmiał jak Batman. Ostatecznie nawet zmanipulował i pokonał Jokera. Po słabej pierwszej połowie, tu mamy powrót do formy sprzed roku.

W Agents of SHIELD faktycznie sporo się wydarzyło, przez te dwa miesiące. Przede wszystkim, najwyraźniej obcięli im budżet, bo kosztowny Ghost Rider zniknął, a fabuła sprawia wrażenie, jakby kręciła się wokół tych samych 4 pomieszczeń i jednego korytarza. Co za tym idzie, jestem pod wrażeniem, jak udaje im się utrzymywać poziom w gorszych warunkach. Jasne, są pewne kwestie, których mogę się czepić. Na przykład tego, że po obowiązkowej rozmowie na temat tego, czy roboty mają dusze, bohaterowie po prostu zaczęli je palić, bez żadnych wątpliwości moralnych. I ewidentnie na końcu pomylili Coulsona z postacią Stana Lee. Bo jeden z nich faktycznie stoi w tle zawsze kiedy coś się dzieje, a drugi nie był istotny przy dużych wydarzeniach od lat.

Dirk Gently's Holistic Detective Agency, to jeden z lepszych seriali, jakie widziałem w ostatnim czasie. Seria oparta jest na książkach Douglasa Adamsa (twórca Autostopem przez Galaktykę), i choć nie jest faktyczną adaptacją, a jedynie nową fabułą opartą na pomysłach i postaciach tego autora, to Max Landis z pewnością oddał styl Adamsa. Serial opowiada o bardzo niekonwencjonalnym, prywatnym detektywie, który... Będę szczery, trudno opisać o czym jest ten serial i jak działa jego tytułowy bohater. Pierwszy odcinek zaczyna się od postaci Elijah Wooda w roli przeciętnego, niezbyt szczęśliwego, trochę nieudolnego (bądźmy szczerzy, w tej roli co zawsze) pracownika hotelu. W ciągu zaledwie kilku pierwszych minut zasugerowane zostają podróże w czasie i morderstwo z rekinem jako narzędziem zbrodni, a później z każdą sceną robi się coraz dziwniej. 
Do punktu w którym faktycznie pojawia się podróżujący w czasie, steam-punkowy, rycerz rewolwerowiec. I to nie jest nawet najbardziej osobliwy element tego konkretnego odcinka. 
Niemniej przy całym tym szaleństwie, fabuła prowadzona jest w dosyć jasny, zrozumiały i naprawdę zabawny sposób. 
Główną siłą serii są jednak zdecydowanie postacie. I tutaj muszę pochwalić szczególnie Samuela Barnetta w tytułowej roli, który odwala kawał świetnej roboty, grając całkowicie niekompetentną i wiecznie przestraszoną wersję Doctora. 
Choć postacią, która zdecydowanie najbardziej zapada w pamięć jest Bart (Fiona Dourif), holistyczna zabójczyni, wierząca, że jej życiowym celem jest zabicie Dirka. 
Ostatecznie trudno jest powiedzieć o tej serii coś więcej, nie zdradzając szalonych zwrotów akcji, na których opiera się fabuła. Niemniej to fantastyczna, przepełniona humorem jazda bez trzymanek.

czwartek, 22 grudnia 2016

Superbohaterowie dla początkujących, cz. 3 czyli Batman a Król Artur

Zajęło trochę dłużej niż planowałem, ale oto wreszcie trzecia i ostatnia część tej serii. Od ostatniego postu przeczytałem komiks, w którym Galactus tłumaczy, jak działa czas w uniwersum Marvela i czemu bohaterowie się nie starzeją, więc od tego zaczniemy. Później porównamy Batmana i Króla Artura. I wreszcie wyjaśnię obecne statusy quo w komiksach Marvela i DC. I dam kilka rekomendacji, gdzie zacząć czytanie, jeśli nie chce się być zbyt zagubionym.

Czas to nie czas 2, czyli wujek Galactus tłumaczy
W (już nie) nowej serii Ultimates z 2015, znajduje się scena, w której Galactus wyjaśnia, jak działa czas we wszechświecie Marvela. Jest to dziwne i dosyć skomplikowane tłumaczenie, dostosowane do możliwości umysłowych ludzi. Zasadniczo, sprowadza się do tego, że nie istnieje jedna, stała wersja historii. Czas jest rzeką, która stale zmienia swój bieg, dopasowując się do zmian. Do tego, niektóre wydarzenia są tak ważne, że zyskują własne pole grawitacyjne, w które łapią pobliskie wydarzenia. Również teraźniejszość zostaje pochwycona w to pole i zaczyna ciągnąć dane wydarzenie przez czas, za sobą. Jednym z takich wydarzeń było powstanie Fantastycznej Czwórki (jako początek nowoczesnego uniwersum Marvela). Co za tym idzie, przez kilka pierwszych lat, czas biegł normalnie, ale później teraźniejszość dotarła do skraju rzeczonego pola grawitacyjnego i zaczęła ciągnąć to wydarzenie. A, że z nim połączone były debiuty innych bohaterów (większość wczesnych postaci w Marvelu debiutowała w F4), to nagle wszystkie te postacie przestały się starzeć. I tak ich debiut zawsze jest tylko kilka lat w przeszłości, a rzeczywistość stale dopasowuje się (np. zmieniając wojnę, w której walczył Punisher). Dlatego Kapitan Ameryka zawsze walczył w latach czterdziestych w II wojnie światowej (to było przed F4), ale moment w którym go rozmrożono, stale się przesuwa. Do tego, im dłużej to trwa, tym bardziej dane wydarzenie zostaje w tyle za teraźniejszością, więc te postacie faktycznie się starzeją, tylko bardzo powoli.

Mit Arturiański w Gotham
A teraz wracając do tego, o czym pierwotnie miałem pisać. Historie o Królu Arturze opowiadano w takiej czy innej formie od okolic VI wieku. Najpopularniejsza dziś wersja mitu, to Le Morte d'Arthur, napisany przez Thomasa Mallorego dopiero w XV-wieku. Oczywiście od tamtej pory powstały setki książek, komiksów, filmów itp. Ta legenda nadal żyje, nadal się rozwija. I chodź dziś możemy patrzeć na nią jako kompletną opowieść, z początkiem, środkiem i końcem oraz jasnym zestawem postaci, oryginalnie tak nie było. Artur był po prostu heroicznym królem, który gromił Sasów, razem z grupką towarzyszy i po drodze dokonywał różnych heroicznych czynów. Większość znanych nam obecnie elementów jego historii, jak czarodziej Merlin, Lancelot, Święty Gral czy Okrągły Stół, pochodzi z XII i XIII w. Elementy te powstawały i ewoluowały na przestrzeni kolejnych historii opowiadanych przez różnych autorów. Niektóre pomysły się przyjmowały i zostawały na stałe, inne po jakimś czasie znikały, lub zmieniały się w coś zupełnie innego. Brzmi znajomo?
A teraz spójrzmy na komiksy, a dokładnie na Batmana, bo jego zna najwięcej ludzi. Początkowo była to historia o jednym gościu, który przebierał się za nietoperza i bił przestępców, z pomocą zaprzyjaźnionego komisarza Gordona. Z czasem dowiedzieliśmy się, czemu to robi. Pojawiła się Jaskinia, Batmobil i Alfred. Dick Grayson jako Robin, Joker, Catwoman i cała horda innych wrogów. Później Dick zmienił ksywę na Nightwing, zastąpił go drugi Robin, Jason Todd, który ostatecznie zginął z ręki Jokera, by później powrócić jak Red Hood. Później był trzeci Robin, Tim Drake, który sam rozgryzł tożsamość Batmana. W międzyczasie, Bane złamał naszemu bohaterowi kręgosłup. Joker postrzelił i sparaliżował Batgirl itd. itp. Ta historia stale się rozwija, stale dodaje nowe elementy, najnowszymi są Damian Wayne i Trybunał Sów. I nie mam wątpliwości, że ostatecznie znajdzie też swoje zakończenie. Po prostu nie jesteśmy jeszcze na tym etapie, Batman nie miał jeszcze swojego Le Morte d'Arthur i pewnie zajmie jeszcze wiele dekad, zanim się go doczeka. I nawet wtedy, nie mam wątpliwości, że nie będzie to koniec jego historii. Tak jak nie był faktycznym końcem króla Artura. Za sto lat ludzie wciąż będą opowiadać o Batmanie i jego Bat rodzinie. A na razie jesteśmy w tym punkcie, w którym Mit Arturiański był w XII wieku.

Stan obecny
Zacznijmy od DC, bo to prostsze. W 2011 roku, po Flashpoint, wszechświat DC się zresetował. Wszystkie postacie zaczęły z czystą kartą, z fabułą umieszczoną 5 lat po sformowaniu Ligi Sprawiedliwości.
Zaledwie kilka miesięcy temu, rozpoczął się Rebirth, czyli wielkie porządkowanie multiwersum. Większość statusów quo pozostała bez zmiany, ale rozpoczęła się historia w której okazuje się, że podczas ostatniego resetu wszechświata, ktoś ukradł naszym bohaterom kilka lat (dlatego są tak młodzi). Na odpowiedź kto za tym stoi, będziemy musieli poczekać, bo twórcy nie śpieszą się z tą historią (fani podejrzewają Dr Manhattan).
Jak pisałem, statusy quo w większości zostały bez zmian, ale na kilka rzeczy warto zwrócić uwagę. Przede wszystkim jest kwestia Supermana. Otóż wersja Kal-Ela z New 52 ginie w Rebirth i zostaje zastąpiona przez starszego Człowieka ze Stali, pochodzącego z wcześniejszej wersji wszechświata. Czyli zasadniczo wrócił Superman z lat 90-tych, ten, którego polscy czytelnicy mogą kojarzyć z komiksów wydawanych przez TM-Semic. Jest on żonaty z Lois i ma syna Jonathana, który przyjął rolę Superboya. Wiele obecnych historii kręci się wokół faktu, że nasi herosi muszą zaufać temu (z ich punktu widzenia) nowemu Supermanowi, który faktycznie wie, co robi i pamięta czasy, kiedy Batman biegał w tęczowym kostiumie.
Poza tym, jest dwójka nowych ziemskich Green Lanternów (Simon Baz i Jessica Cruz), którzy zajmują się ochroną ziemi przed kosmitami, w historii dużo łatwiejszej do ogarnięcia, niż kosmiczna saga Hala Jordana. I oczywiście teraz, kiedy zarówno Batman jak i Superman mają synów w podobnym wieku, przyszedł czas, by ustawić ich w świetle reflektorów. Brzmi to, trochę śmiesznie, niemniej mamy tu dwie bardzo ważne postacie, które nie posiadają jeszcze ustanowionego statusu quo, których przygody zapewne zdominują świat DC w ciągu kolejnych dekad. To dosłownie początek nowego pokolenia, które już w przyszłym roku zaowocuje serią Supersons, opowiadającą o wspólnych przygodach tej dwójki. Sam Damian Wayne został też przywódcą Teen Titans (w tym sensie, że porwał wszystkich członków drużyny i zmusił ich do współpracy).
Poza tym, jak wspomniałem, świat DC jest dosyć stabilny i łatwy do ogarnięcia posiadając podstawową wiedzę. Nie można tego niestety powiedzieć o Marvelu. Ale po kolei.

W zeszłym roku, multiwersum Marvela zostało zniszczone w wielkiej, epickiej historii. Następnie Dr Doom i Dr Strange stworzyli nowy świat, nazywany Battleworldem. Oczywiście część postaci z oryginalnego wszechświata przetrwała i podjęła walkę o przywrócenie wszystkiego do normy. Ostatecznie Reed Richards pokonał Dooma i z pomocą swoich dzieci odtworzył Multiwersum (po czym pomachał na do widzenia i zniknął, do czasu, aż Marvel odzyska prawa do filmów o Fantastycznej Czwórce). Tak rozpoczął się tak zwany All-New, All-Different Marvel, który miał być świetną okazją dla nowych czytelników, by wsiąść do tego pociągu. Osobiście byłem jednym z tych czytelników, po latach przerwy znów sięgnąłem po tytuły Marvela, spodziewając się, że będzie jak z New 52 DC. Nie było.
Marvel niestety stał się zakładnikiem trwających latami historii i stale zmieniającego się statusu qou, sprawiającego, że trudno jest nowemu czytelnikowi zrozumieć, co się dzieje. I ciągłe trzęsienia ziemi w stylu Civil War 2 nie pomagają. Nadmienię, że All-New już się skończyło i teraz jest Marvel NOW! 2.0, który jest jeszcze bardziej skomplikowany. Ale, spróbuję wyjaśnić kilka podstawowych kwestii:
Jest dwóch Kapitanów Ameryków (Falcon i faktyczny Steve Rogers, który był stary, później znów stał się młody, ale teraz jest agentem Hydry z powodu magicznej dziewczynki), dwóch Iron Manów (jednym jest Dr Doom, drugim czarnoskóra nastolatka z hologramem Tonego Starka do pomocy), dwóch Thorów (Jane Foster czyli postać Natalie Portman z filmów i faktyczny syn Odyna, który stał się niegodny i teraz próbuje zdobyć wersję Mjolnira z innego wszechświata), dwóch Spider-manów (Peter Parker, który teraz jest cynicznym milionerem jak Tony Stark i Miles Morales, którego przygody faktycznie wyglądają jak komiksy o Spier-manie), dwóch Wolverinów (X23 czyli żeński, nastoletni klon Wolverina i Old Man Logan, czyli stary Logan z alternatywnej, post-apokaliptycznej przyszłości).
Inne postacie, których mamy dwa zestawy to Hawkeye, Beast, Iceman, Angel itd. Przez chwilę było dwóch Hulków, ale później Hawkeye zabił Brucea Bannera.
Mutanci znów stoją na skraju zagłady, w związku z czym zamieszkali w Limbo i teraz idą na wojnę z Inhumans (i biorąc pod uwagę politykę Marvela wobec X-Men, w ostatnich latach, naprawdę boję się wyniku tej wojny).
I nie mogę zapomnieć o pięciu różnych drużynach Avengers (Avengers, Occupy Avengers, U.S.Avengers, Great Lakes Avengers i Uncanny Avengers).
To wszystko sprawia, że ogarnięcie tego, co dzieje się ogólnie w świecie Marvela jest bardzo problematyczne. Na szczęście poszczególne historie są znacząco łatwiejsze, do zrozumienia.

Gdzie zacząć
Najprostsza odpowiedź brzmi, od numeru pierwszego. Na zachodnim rynku, jak pisałem, obydwa giganty regularnie robią punkty przystankowe, jak Marvel NOW! 2.0 i Rebirth. Zawsze wiąże się to z całą masą numerów 1, które zwykle projektowane są tak, by łatwo wprowadzić nowego czytelnika w to, co się dzieje. Na ten moment DC radzi sobie z tym lepiej (poza dopiero upraszczającą się fabułą Supermana), ale poszczególne komiksy Marvela też nie są zbyt skomplikowane. I tu z nowszych tytułów mogę polecić szczególnie genialną serię Vision, Toma Kinga (12 numerowa, zamknięta historia) i nowe Champions, skupiające się na nastoletnich herosach. W DC z nowszych tytułów mamy zdecydowanie Batmana (w Rebirth również Toma Kinga) i Supermana (po raz pierwszy zdażyło mi się naprawdę lubić serię o stałą Człowieku ze Stali), jak i niedawną mini-serię Superman: American Alien, Maxa Landisa.

Tymczasem na polskim rynku sytuacja jest dużo prostsza, ponieważ ukazują się u nas tylko wydania zbiorcze. Mamy więc konkretne, nie wymagające dużo kontekstu historie, jak te wydawane w Wielkich Kolekcjach Komiksów zarówno Marvela jak i DC, czy serii DC Deluxe Egmonta. Konkretne serie, zarówno Marvela jak i DC również są wydawane przez Egmont z bardzo wyraźną numeracją tomów (polecam zwłaszcza Batmana i Wonder Woman). Na razie są to głównie serie z New 52 i sprzed Secret Wars, ale szybko zaczynają zrównywać się z amerykańskimi wydaniami (ponoć Rebitrh ma zawitać na nasz rynek już w 2017). Wydania zbiorcze zawsze są przygotowywane tak, by czytelnik nie miał problemu z nadążeniem, więc można zacząć od dowolnego tytułu z napisem "Tom 1", lub bez żadnego oznaczenia (bo to zwykle pojedyncza historia, często z założenia toczące się "gdzie indziej"). Tu z najciekawszych, które ukazały się w Polsce w ostatnich latach, należą Superman: Czerwony Syn, Batman: Ziemia Jeden i Nowa Granica.

wtorek, 6 grudnia 2016

Listopad z serialami

Ten miesiąc został zdominowany przez DC. Agents of SHIELD miało przerwę, więc poczekam na więcej odcinków. Tymczasem serie CW zderzyły się w wielkiej, czteroodcinkowej historii, którą opiszę osobno. Po kolei więc:



W przypadku Gotham, chcąc nie chcąc, muszę zacząć od końca. Ta ostatnia scena była po prostu niesamowita w tym, jak bardzo była zła. Naprawdę niewyobrażalnie wręcz głupia. I jeszcze na końcu nóż wpada do wody i odpływa... czy oni zatrudnili twórców Mody na Sukces do pisania tych scenariuszy? I jak to jest, że tylko Gordon zauważa ludzi zakażonych tym debilnym wirusem? To nie jego umiejętności detektywistyczne, bo tych zdecydowanie nie posiada, więc musi być potęga fabuły. I na czym tak właściwie polegał plan tego lekarza? To wszystko jest po prostu tak boleśnie głupie. W poprzednim sezonie postać Gordona coś robiła, w tym najwyraźniej cały pomysł sprowadza się do tego, że ma cierpieć.
Ale jest pozytyw, kiedy ten serial nie zanudza nas przygodami Gordona, mamy pozostałe dwa wątki (przygody młodego Bruce'a i jego ekipy, oraz konflikty rządzących Gotham szalonych przestępców) i te faktycznie trzymają poziom. Jeśli ten serial oleje Gordona i skupi się na reszcie postaci i ich trwającym lub nieuniknionym starciu z Trybunałem Sów, druga połowa sezonu, wciąż może być całkiem udana.

Serie CW omówię pokrótce, zanim przejdę do Inwazji! Szczerze mówiąc, niewiele się w nich działo, w sensie dużej fabuły. Do tego stopnia, że teraz trudno mi sobie przypomnieć co się działo w tych trzech, które nie są Flashem. To znaczy pamiętam, że Legends byli na dzikim zachodzie a Arrow walczył z gościem, który ośmielił się zabijać przestępców (mimo, że sam Oliver został określony przez własną drużynę, seryjnym zabójcą), ale żadna z tych rzeczy nie wydaje się mieć wpływu, na główną fabułę (jak co roku, głównym problemem tych seriali jest zbyt duża ilość odcinków, prowadząca do masy fillerów). W Supergirl (tak, nadal to oglądam) jest trochę lepiej, Guardian okazał się fajnym dodatkiem i w sumie cały serial jest naprawdę szokująco lepszy, niż w zeszłym roku.
Tymczasem Flash... zdołał wrzucić kilka naprawdę przyzwoitych odcinków. Żadnego manipulowania czasem, ani podobnych bzdur, tylko porządna, staromodna fabuła o super-bohaterach. I nawet Kevin Smith wrócił, by wyreżyserować bardzo dobry odcinek o Killer Frost. Swoją drogą, DC naprawdę pcha ostatnio tą postać. W komiksach nawet awansowali ją z Suicide Squad do JLA. Co sprawia, że trochę boję się, że filmy po nią sięgną, i serial znów będzie musiał odstrzelić postać, bo stała się zbyt popularna... Coś jeszcze? Aha, tak. Draco Malfoy okazał się czarnym charakterem. Najbardziej rozbawiło mnie, że zrobili z tego ważną scenę, jakby ktokolwiek we wszechświecie miał być zaskoczony. Ehh... Przynajmniej nowy HW jest fajny.

A teraz przejdźmy, do głównego wydarzenia miesiąca. Inwazja inspirowana jest komiksem z końca lat 80-tych. W którym armia kosmitów zwanych Dominatorami, atakuje ziemię na czele koalicji obcych ras. I tu od razu trzeba zwrócić uwagę na pewną kwestię. Dominatorzy są żółci, mają karykaturalnie długie zęby i flagę Japonii na czole. To czyni ich dosyć dziwnym wyborem na wrogów w latach osiemdziesiątych i jeszcze dziwniejszym w 2016. Ale przejdźmy do samej historii, przedstawionej w serialach.
Zacznijmy od pierwszego problemu, czyli faktu, że ta czteroczęściowa opowieść, ma tylko trzy części. Rozpoczynający ją odcinek Supergirl, nie ma absolutnie nic wspólnego z czymkolwiek. Poza ostatnią sceną, która i tak zostaje powtórzona we Flashu. W Inwazji nie biorą też udziału, żadne postacie z Supergirl, poza samą Karą (głównie dlatego, że zostają we własnym wszechświecie). Przez chwilę myślałem, że nasi herosi użyją zabijającego kosmitów gazu, z tego odcinka Supergirl, ale nie, ten odcinek po prostu nie miał nic wspólnego z samym eventem.
Więc faktyczna fabuła zaczyna się we Flashu i to chyba też najlepszy jej fragment. Porządny superhero team-up. Później zaczyna być już trochę gorzej. Zwłaszcza środkowy odcinek Arrow za bardzo skupia się na postaciach z tej serii, ignorując trochę główną fabułę (częściowo dlatego, że był to równocześnie setny odcinek Arrow).
I jak jesteśmy przy negatywach, to podstawowym jest brak postaci. Nawet z Legends do pomocy, nasi herosi nie są zbyt liczebni i nie grzeszą też siłą. Supergirl jest potężniejsza, niż wszyscy inni bohaterowie razem wzięci. Flash i Firestorm są w stanie w pewnym stopniu dotrzymać jej kroku, ale wszyscy inni zostają w tyle. Co za tym idzie, finałowa walka faktycznie sprowadza się do tych trzech postaci ratujących świat, podczas gdy reszta (w większości) zwykłych ludzi, urządza sobie ustawkę z kosmitami na jakimś przypadkowym dachu.
Nie pomaga też fakt, że to nadal serial telewizyjny z telewizyjnym budżetem, próbujący pokazać nam trzygodzinną, epicką historię o superbohaterach walczących z inwazją kosmitów. Nie ma szans, by wyglądało to naprawdę dobrze.
Teraz trochę pozytywów. Przede wszystkim, to jest porządny, komiksowy team-up. W filmach podobne uczucie miałem tylko oglądając po raz pierwszy Avengers. Tyle, że w filmach to pojedyncze przygody, regularnie prowadzące do wspólnej zabawy. Tutaj mamy grupę postaci z własnymi regularnymi seriami, które tylko raz na 20 odcinków działają razem. I to jest bardzo komiksowe. Naprawdę oglądanie interakcji tych wszystkich postaci sprawiło mi dużo frajdy, i jasno pokazało, że Arrowverse ma własną Trójcę z Arrowem, Flashem i Supergirl w rolach odpowiednio Batmana, Supermana i Wonder Woman.
Co tu dużo mówić, była masa wspaniałych momentów, jak Firestorm używający swojej mocy na maksimum, czy starcie Supergirl kontra reszta postaci.
Co więcej, ta historia perfekcyjnie uchwyciła styl tych seriali, więc jeśli ktoś lubi seriale CW, nie spodziewa się za dużo i potrafi wyłączyć myślenie i po prostu dobrze się bawić, to Heroes v Aliens (widzę, że DC już permanentnie porzuciło s w vs w tv i filmach) jest sposobem na przyjemne spędzenie dwóch godzin.


czwartek, 3 listopada 2016

Październik z serialami (Luke Cage)

Liście spadają z drzew, słońce zachodzi o makabrycznie wczesnej porze, wszyscy dookoła kaszlą, a mnie codziennie dopada deszcz. To znaczy, że niezawodnie zaczął się sezon serialowy. Wszystkie komiksowe serie wróciły na swoje miejsce, i mamy ten cudowny moment, kiedy wszystko jest możliwe, każda z nich może być świetna. Uczucie to zniknie w okolicach kwietnia, kiedy poszczególne serie zbliżą się do finałów, ale na razie cieszmy się tym, co mamy.

Zacznijmy od Gotham, które w zeszłym roku było moim ulubieńce. I niestety nie wiem, czy utrzyma tytuł. Początek tego sezonu, był po prostu słaby. Wątek potworów (na szczęście szybko zakończony) był beznadziejny. Szalony Kapelusznik jest ciekawą postacią, ale nie jest czarnym charakterem na miarę Hugo Stranga czy Galavana. I to jest chyba główny problem tego sezonu, jest w nim masa wątków, które zdają się biec donikąd i absolutnie nic ich nie łączy. Brakuje tego jednego, głównego zagrożenia, które spinałoby to wszystko w całość. Przynajmniej Pingwin nadal trzyma poziom i prawdę mówiąc, jego przygody to w tym momencie główny powód, by oglądać. I jak przy tym jesteśmy, mam nadzieję, że bibliotekarka okaże się być Clayfacem. I mam problem z postacią Ivy. Ten serial w jej wątku, dosłownie stwierdza, że jeśli dziewczyna wygląda na starszą, to nie ma znaczenia, że naprawdę ma 14 lat. Mam wrażenie, że próbują ściągnąć Polańskiego, jako reżysera.

Tymczasem w Arrowerse... Jest w sumie całkiem dobrze. Arrow ma całkiem przyzwoity początek sezonu (jak zresztą zawsze), nowa drużyna jest fajna, nawet retrospekcje tak mi nie przeszkadzają. Jeden problem jaki mam, to fakt, że co odcinek wałkują wątek: Oliver nie ufa nowej drużynie. Ile można?

Supergirl... Jest zaskakująco lepsza, niż w pierwszym sezonie. Spodziewałem się, że znów obejrzę pierwsze dwa odcinki i zwątpię, a tu proszę, cztery odcinki a ja wciąż oglądam. Żeby nie było, wciąż mam zastrzeżenia do tej serii, ale potrafię docenić drastyczną poprawę. I dostaliśmy Supermana, który zachowywał się jak bohater, a nie zagubiony bóg. Do tego motyw z barem dla kosmitów, Lena Luthor, więcej postaci z komiksów. Tak jakby ten serial wreszcie wylądował w rękach kogoś, kto wie, co robi.

Nie można niestety powiedzieć tego o Flashu. Ehh... Jeśli jeszcze raz będę musiał oglądać, jak mama Flasha umiera, to chyba dam sobie spokój z tą serią. Ile można? I później Barry tworzy Flashpoint, który jest pod niemal każdym względem lepszą wersją rzeczywistości, ale nie wszystko idzie dobrze... Więc Barry w praktyce morduje własną matkę, by przywrócić gorszą wersję rzeczywistości, i okazuje się, że ta też jest zepsuta, wiec postanawia znów cofnąć czas... Ta historia naprawdę stała się parodią samej siebie. A najgorsze, że kiedy twórcy nie próbują bawić się z czasem, wychodzi im całkiem przyzwoity serial. Mam tylko nadzieję, że Draco Malfoy nie okaże się głównym złym. To byłby już trzeci sezon z rzędu, kiedy główny zły jest kimś, kto współpracuje z Flashem.

Tymczasem Legends... Będę szczery, lubię tą drużynę, to fajny zestaw postaci. I Stowarzyszenie Sprawiedliwości było fajnie przedstawione. Ale fabuła tej serii jest tak niedorzecznie irytująca. Już pominę to, że podróże w czasie w tej serii działają zupełnie inaczej, niż w Flashu i że wyjaśnienia tego co się dzieje, z każdym odcinkiem są coraz głupsze. Więc ogólnie, muszę przyznać, że mam bardzo dwojaki stosunek do tej serii, z jednej strony uwielbiam postacie i ich interakcje, z drugiej, nie znoszę fabuły.

A przenosząc się na Marvelową stronę podwórka, Agenci zaliczyli całkiem udany początek. Wprawdzie fabuła wymagała kilku odcinków na wskoczenie na właściwy tor, ale teraz idzie całkiem sprawnie. Ghost Rider jest świetnym dodatkiem, fabuła inhumans podąża dalej, sokovia acords pchnęły nowe życie w samą organizację i jej rolę w świecie. Twórcy wreszcie mogą wrócić do historii, o agentach SHIELD, a nie grupie uciekinierów. Ogólnie, dobry początek, zobaczymy, czy starczy im paliwa na cały sezon.

Tymczasem Netflix dodał nową postać do swojej rodziny. Niestety jest to najsłabsza z Marvelowych serii Netflixu, choć wciąż trzyma niezły poziom. Jak wszyscy poprzednicy, cierpi na chorobę zbyt wielu odcinków, ta seria byłaby dużo lepsza z 10. Tak było sporo powtarzania się, a odcinków 7 - 9 mogłyby w ogóle tam nie być i nic by się nie zmieniło. Czarne charaktery też nie zachwyciły, Cottonmouth jeszcze trzymał poziom, ale Diamondback sprawiał wrażenie karykatury. I nie mogę uwierzyć, że zrobili serial, w którym prawie wszystkie postacie są czarne i mieli tylko dwóch aktorów z The Wire... i jeden z nich był biały.
Ale przejdźmy do pozytywów. Po pierwsze, świetna muzyka. Ta seria ma zdecydowanie najlepszą muzykę z wszystkich serii Marvela. Poza tym, podobało mi się, że zrobili z Łukasza Klatki takiego ludowego bohatera, zwłaszcza pod koniec. To miła odmiana po zamaskowanym mścicielu i olewającej wszystko pani detektyw. Sama fabuła, tam gdzie nie rozwlekała się na za dużo odcinków, też trzymała dobry poziom.
Ogólnie, to przyzwoity serial, który niestety ma swoje problemy i mocno traci przy ponownym obejrzeniu.

środa, 5 października 2016

Superbohaterowie dla początkujących, cz. 2 czyli kanon to nie kanon

Dziś porozmawiamy o tym, jak działa kanon z komiksach, co nim jest, a co nie jest. I jak się okazuje, ten temat wymaga znacząco więcej miejsca, niż pierwotnie zakładałem, więc będzie też część trzecia. A w niej parę zdań o Micie Arturiańskim, obecnym stanie komiksów i tym, gdzie zacząć czytanie. A w między czasie:


Czas to nie czas
Zacznijmy od kwestii, na oko dosyć prostej, ale w rzeczywistości bardzo skomplikowanej i pokazującej większość problemów, przed którymi stoi kanon komiksowy. Upływ czasu. W latach 60-tych Marvel faktycznie starał się utrzymywać zasadę, że czas w ich komiksach płynie równo ze światem rzeczywistym. Niestety szybko okazało się, że tym sposobem postacie za szybko się starzeją i nastoletni bohater Spider-Man, dosyć szybko przestaje być nastolatkiem. Później próbowano różnych przeliczników, trzy lata to rok i tak dalej, ale na dłuższą metę, to też przestało działać. Więc ostatecznie, zarówno Marvel jak i DC uznały, że czas po prostu nie płynie. To znaczy, data się zmienia, technologia idzie do przodu, ale postacie starzeją się tylko wtedy, kiedy wymaga tego fabuła. Oczywiście prędzej czy później prowadzi to do oczywistych problemów, np. jak Punisher mógł walczyć w Wietnamie i wciąż być w okolicach trzydziestki w epoce iPhonów? DC radzi sobie z tym pytaniem, po prostu przesuwając moment pojawienia się bohaterów z każdym resetem. Marvel preferuje niewielkie poprawki, jak stwierdzenie w pewnym momencie, że tak naprawdę Punisher walczył w nowszych wojnach. Do tego Marvel ma całą teorię Franklina Richardsa i jego manipulacji rzeczywistością. Ostatecznie prawda jest taka, że te postacie muszą żyć w naszym świecie i naszych czasach, by być istotne, niezależnie od tego, jak dawno temu powstały. To coś, co czytelnik po prostu musi zaakceptować. Ale jest tu też druga kwestia.
W tym momencie, przeciętna seria komiksowa ukazuje się raz w miesiącu, to 12 numerów w roku. Przeciętna historia zajmuje od 3 do 7 odcinków (zwykle około 5), więc w ciągu roku taki Flash ma 2 lub 3 przygody. Każda opisuje wydarzenia kilku dni (czasami kilku godzin, czasami kilku tygodni, ale skupmy się na średniej), co za tym idzie, przez rok, twórcy mogą nam opowiedzieć o tym, co Flash robił w czasie jednego miesiąca. Ale to nie wszystko, ponieważ Flash pojawia się też w dwóch różnych seriach o Lidze Sprawiedliwości i okazjonalnie składa gościnne wizyty w innych seriach. Każda z tych serii ma swoją własną chronologię, której nie da się twardo powiązać ze sobą nawzajem. Doskonały przykład tego, mieliśmy w zeszłym roku w DC.
W pewnym momencie Superman stracił większość mocy i zaczął biegać w koszulce, a Bruce dostał amnezji i w roli Batmana zstąpił go James Gordon w pancerzu wspomaganym. Cała historia trwała przez kilka miesięcy i oczywiście ostatecznie wszystko wróciło do normy. Problem w tym, że w międzyczasie obydwa komiksy o Lidze Sprawiedliwości (Justice League i Justice League of America) były wtedy w środku wielkich, epickich historii (odpowiednio Darkseid War i Power and Glory, ten drugi z powodu opóźnień wciąż trwa). Historie te trwały tak długo, że obydwie postacie zdążyły wrócić do normy, ale przez większą część roku, mieliśmy jedną wersję Batmana i Supermana w ich własnych komiksach i zupełnie inną w komiksach o Lidze Sprawiedliwości. Oczywiście, nie można było wymagać, by twórcy Darkseid War nagle w połowie historii zmienili dwie ze swoich postaci, to nie miałoby sensu z punktu widzenia fabuły, którą opowiadali. Ostatecznie zakłada się, że obydwie historie w komiksach Justice League toczyły się przed zmianami. Niemniej cała sytuacja świetnie pokazuje, jak niemożliwym zadaniem jest utrzymywanie porządku z upływem czasu, tak, by nie ograniczać twórców, którzy po prostu starają się opowiedzieć jak najlepszą historię. Dlatego chronologia wydarzeń w komiksach jest bardzo płynna i intencjonalnie niekonkretna. Warto zapamiętać to, kiedy przejdę do bardziej skomplikowanych problemów.

Kapitan Hydra na ratunek
Kilka miesięcy temu internet obiegły bulwersujące wieści. Kapitan Ameryka okazał się zdrajcą i agentem Hydry! Ludzie w internecie byli naprawdę wkurzeni. Oczywiście nie ludzie, którzy faktycznie czytają komiksy, ponieważ na nich ten wyskok nie zrobił najmniejszego wrażenia. I czemu miałby, widzieliśmy to już wiele razy. Znana postać robi coś zaskakującego co pozornie całkowicie zmienia jej status quo.W latach 80-tych Kapitan zmienił imię na Nomad. Zaledwie kilka lat temu Rogers zestarzał się i jego miejsce zająć Falcon. I co, i nic jest 2016 i Steve Rogers wciąż jest Kapitanem Ameryką, tylko chwilowo pracuje dla Hydry, bo magiczna dziewczynka nadpisała jego przeszłość (to jest faktyczna fabuła tego wydarzenia). I to samo dzieje się z wszystkimi innymi bohaterami, Bruce Wayne miał złamany kręgosłup, potem cofnęło go w czasie i wreszcie stracił pamięć. Za każdym razem w roli Batmana zastępowała go inna postać i za każdym razem prędzej czy później wszystko wracało do normy. Ponieważ te komiksy zawsze opierały się na statusie quo, to jedyny sposób, w jaki zdołały przetrwać tak długo. Od czasu do czasu autorzy próbują czegoś nowego, czasami nawet się udaje i Batman staje się ojcem, ale większość tych zmian po jakimś czasie znika i popada w zapomnienie.
Jak te czasy kiedy Punisher zginął i został wskrzeszony jako Franken-Castle, po czym sprzymierzył się z drużyną innych klasycznych potworów (mumia, wampir, wilkołak) i przez jakiś czas walczyli z zombie nazistami. Osobiście nie czytałem tej historii, ale słyszałem, że była świetna. Oczywiście na końcu wszystko wróciło do normy, bo niezależnie od tego, jak genialnie odjechany jest ten pomysł, Punisher to nie Franken-Castle i ludzie sięgający po jego komiksy oczekują czegoś innego, niż potwory vs zombie naziści. Osobiście przyjmuję zasadę 10 lat. To znaczy, że jeśli jakaś postać, lub wątek utrzymuje się w komiksach przez dekadę, to można bezpiecznie założyć, że zadziałało i stanie się częścią statusu quo na stałe. A przynajmniej na dłużej, ponieważ prędzej czy później większość rzeczy się zmieni, by pasować do czasów. Tylko w ten sposób bohaterowie komiksów mogą pozostać istotni dla popkultury. Więc kto wie, może Thor już na zawsze pozostanie kobietą, ale twórcy już na początku stworzyli sposób, by przywrócić oryginalnego Thora. I niemal na pewno zrobią to w ciągu kolejnego roku (bo już niedługo szykuje się nowy reset), po tym przez chwilę będzie dwójka Thorów (tak jak obecnie jest dwójka Kapitanów Ameryków, czy dwójka Spider-manów) i wreszcie zostanie tylko popularniejsza z tych postaci (czyli oryginalny Thor). Ostatecznie, to nie pierwszy raz, kiedy Marvel to zrobił, był czas, gdy Thorem był humanoidalny, kosmiczny koń (Beta Ray Bill).

Batman to nie Batman
Kiedy ludzie mówią, że lubią Batmana, nie mają na myśli, że lubią postać Batmana. Mają na myśli, że lubią koncepcje postaci Batmana. Ponieważ coś takiego jak postać Batmana nie istnieje. Jest Batman Adama Westa, Batman Bena Afflecka, Batman z Powrotu Mrocznego Rycerza itd. itp. Każdy z nich jest Batmanem, ale zdecydowanie nie są oni tą samą postacią. Tak samo, kiedy ludzie krytykują BvS, ponieważ "Batman nie zabija", zwyczajnie mylą się. Podczas swojego debiutu w 1939 roku Batman wrzucił przestępcę do kadzi z kwasem, po czym stwierdził "A fitting end for his kind". W innej z wczesnych przygód Batman powiesił przeciwnika, po czym latał nad Gotham z jego ciałem zwisającym z Batsamolotu. Nie stronił też od broni palnej. W filmach Burtona Batman zabija na prawo i lewo. I nawet w późniejszych komiksach jest masa przypadków, kiedy Batman zabija. Więc co ludzie faktycznie chcą powiedzieć, to to, że zdecydowana większość interpretacji tej postaci nie zabija. Tudzież, co bardziej prawdopodobne, że ich Batman nie zabija. I to chyba najważniejsze, ponieważ przy tylu wersjach tej postaci, nikt nie może wskazać jednej i powiedzieć, że to definitywny Batman. Każdy ma prawo do swojego. Dla mnie (i chyba większości ludzi w moim wieku) to Batman z serialu animowanego z lat 90-tych. Nadmienię też, że Ben Affleck jest pierwszym filmowym Batmanem którego faktycznie lubię. I tak samo, Jack Nicholson i Heath Ledger, grali bardzo różne wersje Jokera, ale nadal byli umalowanym na biało, uśmiechniętym arcy-wrogiem Batmana. Co za tym idzie, nikt nie miał problemu z rozpoznaniem, że tak, to jest Joker. Można lubić bardziej jednego lub drugiego, ale nie sposób kwestionować, że są tą samą koncepcją postaci, tylko w różnych interpretacjach.

Status Qou
Komiksowy wszechświat opiera się na Statusie Quo. To jedyny sposób, by ktoś nowy mógł po tylu dekadach sięgnąć po komiks i rozumieć, co się dzieje. Każda seria musi prędzej czy później powrócić, do Statusu Quo, tak jak w przypadku Kapitana Ameryki. Zwykle dzieje się to, kiedy dany autor kończy swoją opowieść i przekazuje pałeczkę następnemu. Ostatnio swoją pracę nad Batmanem zakończył Scott Snyder (przynajmniej, nad główną serią). Był on głównym pisarzem dla tej postaci od początku New 52 (ostatni reset uniwersum w 2011), co znaczy, że stworzył obecny kanon, obowiązujący w komiksach. Jego czas z tym tytułem był dosyć długi i bogaty w wydarzenia i nowe postacie. Niemniej na końcu, Bruce odzyskał pamięć i wrócił do roli Batmana, Joker zregenerował swoją twarz, Alfred odzyskał rękę a Gordon wrócił do funkcji komisarza. Pięcioletnia fabuła miała swój początek, środek i koniec i po wszystkim Snyder odłożył zabawki na ich miejsca w pudełku i przekazał to pudełko Tomowi Kingowi, by teraz on opowiedział swoją historię. I jeśli ktoś przegapił komiksy Snydera, nic się nie stało, bo może zacząć od komiksów Toma Kinga i bez trudu nadążyć za tym, co się dzieje. I jasne, można odnieść wrażenie, że tym sposobem nic nigdy się nie zmienia i historie które czytamy, nie mają konsekwencji. Ale bądźmy szczerzy, i tak wiemy, że Batman na końcu wygra. Wszyscy wiemy, jak kończy się historia Króla Artura, a i tak opowiadamy ją od tysiącleci (do tego wątku wrócę w następnym wpisie). I te wydarzenia faktycznie mają konsekwencje dla postaci pobocznych, Snyder stworzył córkę Alfreda, King już w pierwszej historii wprowadził Gotham Girl. Obydwie te postacie są zbyt świeże, by mieć swój status quo, co za tym idzie, autorzy mogą z nimi zrobić, co im się tylko podoba, to dzikie karty w każdej historii w której się pojawiają. I będzie tak do czasu, aż staną się bardzo popularne, lub znikną. Kto wie, może pozostaną gdzieś po środku na zawsze. Ale to nieistotne, ponieważ mimo całej historii komiksowej, jedyne co tak naprawdę się liczy, to obecna opowieść. Jeśli jest dobra, to świetnie. Jeśli jest okropna (na was patrzę X-Men), to możesz spać spokojnie ze świadomością, że prędzej czy później wszystko wróci do normy i przyjdzie nowy autor, z nowymi pomysłami i nową fabułą, która miejmy nadzieję, będzie lepsza.

Kto stworzył Ultrona?
Na ogół przyjmuje się, że komiksy są najważniejszym źródłem kanonu. Ostatecznie filmy, seriale, kreskówki i gry komputerowe przychodzą i odchodzą, a komiksy opowiadają swoją historię od dekad. Niemniej w ostatnich latach pojawił się z tym problem w postaci MCU i pytanie w nagłówku świetnie go podsumowuje. Większość ludzi, powie, że Ultrona stworzył Tony Stark. Ostatecznie widzieliśmy to zaledwie rok temu w tym filmie, który zarobił ponad miliard dolarów. Oczywiście, nieliczni odpowiedzą, że Hank Pym (stary Ant-Man) w komiksie z lat 60-tych. Niemniej, mówimy tu o fikcyjnych postaciach i wydarzeniach, istniejących tylko w naszej wyobraźni. Jeśli większość ludzi, którzy wiedzą, kim jest Ultron wie, że stworzył go Tony Stark, to czy to automatycznie nie staje się prawdą? Dobra, może za bardzo tu filozofuję, więc coś bardziej konkretnego. Przyjmijmy, że MCU wciąż będzie popularne za 10 lat. To da nam całe pokolenie nowych czytelników, wychowanych na tych filmach, którzy sięgając po komiksy, będą spodziewać się postaci i statusów quo, które znają. Więc Marvel, chcąc nie chcąc, będzie musiał się dopasować. Już teraz to uniwersum filmowe decyduje, które postacie są popularniejsze (co za tym idzie, dostają więcej tytułów i lepszych pisarzy). Bohaterowie z Agents of SHIELD mają własny komiks w uniwersum komiksowym, i nie mam na myśli wyjętej z kontinuum adaptacji serialu. Mam na myśli, że wersje tych postaci powstały w głównym uniwersum i mają tam własne przygody, całkowicie niepowiązane z serialem. Uniwersum komiksowe powoli, ale konsekwentnie przystosowuje się do społecznej świadomości, kreowanej przez filmy, oparte na pobocznej wersji rzeczonego uniwersum komiksowego (Ultimate Marvel). Co za tym idzie, myślę, że to tylko kwestia czasu, zanim Marvel poprawi kanon komiksów, tak, że to Tony Stark stworzy Ultrona. Ostatecznie, większość ich czytelników i tak będzie zakładać, że tak się stało.

Kryptonit
Podsumowując to wszystko, co napisałem. Wniosek jest prosty, kanon choć istnieje, nie jest ważny. Ważna jest obecna historia i całość mitu danej postaci. Ważny jest status quo do którego dana postać zawsze wraca. Wszystko inne jest zmienne. Historie wpadają i wypadają z kanonu, serie są resetowane, wydarzenia retconowane. Najlepszym przykładem jest sam kryptonit. Istnieje niemal tak długo jak Superman, jest tak ważny dla jego mitu, że w większości miejsc na świecie, można użyć tego słowa w zwykłej rozmowie (np. Lody czekoladowe są moim kryptonitem) i każdy zrozumie, o co ci chodzi. A równocześnie, nikt nie wie, jak działa kryptonit. Czasami pozbawia Supermana mocy, innym razem go osłabia, lub wręcz zabija. Jedyna kanoniczna zasada wydaje się brzmieć: "Kryptonit działa tak, jak wymaga tego fabuła." I tak jest z całością kanonu, liczy się tylko obecna historia. I to również oznacza, że Batman ma szansę w walce z Supermanem, ponieważ Batman jest popularniejszą postacią.

Następnym razem powiem więcej na temat mitów i tego, co łączy Batmana z królem Arturem. Wyjaśnię też, jak wygląda obecny Status qou Marvela i DC, oraz od czego zacząć, jeśli chcesz czytać komiksy